ROZDZIAŁ IX - SPOTKANIE
ROZDZIAŁ 9
SPOTKANIE
Hermiona
obudziła się rano z uśmiechem na twarzy, dopiero po chwili dotarło do niej co
za kilka godzin ma się wydarzyć. Spotka się z Voldemortem. Narazi swoje życie
dla Zakonu Feniksa, chociaż będzie z nią Snape, to wiedziała, że nie może się
zdradzić ratując ją. Wieczysta przysięga złożona Dumbledorowi zobowiązywała go
do posłuszeństwa, choć on sam mógł naginać zasady odczuwając ból, po
przekroczeniu pewnej granicy umarłby w męczarniach gorszych od Crucio.
Dziewczyna przygotowała się do zajęć, z racji tego, że wstała dość wcześnie w
drodze na śniadanie spotkała tylko kilka osób. Na Wielkiej Sali panowała cisza,
kiedy weszła jej spojrzenie padło na stół nauczycielski, dyrektor spoglądał na
nią zza swoich okularów połówek jakby chciał odczytać coś z jej oczu – zawsze była
na to przygotowana i wytrzymała to spojrzenie, podsyłając nic nieznaczące
obrazy. Usiadła na samym brzegu długiego stołu należącego do jej domu, bez
Blaisa i Malfoy’a w życiu nie odważyłaby się usiąść na ich miejscu, pośrodku
stołu niczym książęta. Nałożyła sobie troszkę owsianki i nalała kawę, kiedy
poczuła mocny uścisk na ramieniu. Już chciała się odwrócić, żeby zobaczyć kto
to…
-Czy tobie przypadkiem nie pomyliły się miejsca szlamo? –
Draco najpierw powiedział, potem pomyślał, a tak dobrze już mu szło… - Ja… Granger…
Dziewczyna
patrzyła prosto w te szare, hipnotyzujące oczy i nie potrafiła odpowiedzieć,
nie potrafiła krzyczeć. Tak bardzo się zawiodła.
-Hermiona, ja… znów przepraszam. To przyzwyczajenie. Przestań.
No nie patrz tak… - Próbował się jeszcze usprawiedliwić, ale Hermiona spojrzała
na niego jak na robaka.
-No cóż Malfoy, wróciliśmy do początku naszej znajomości.
Nie przepraszaj, skoro to co mówisz jest prawdą. Nikt Cię za to nie wini. Nie
dotykaj mnie bo ubrudzisz się szlamem. A teraz pozwól, że wyjdę, nie będę obrzydzać
Ci Twojego śniadania swoim widokiem. Cóż innego mógłby powiedzieć syn
śmierciożercy?
Malfoy w
szoku puścił jej ramie, a ona korzystając z okazji odeszła szybkim krokiem. Miał
pomysł aby za nią iść, ale miała rację, to co powiedział to było stwierdzenie
faktu. Może słowo brzydkie, ale on jest Malfoy'em do cholery, nie będzie się przed
nią kajał. Jego ojciec, skrupulatnie dał mu wychowanie, nie przestawi się z dnia
na dzień, poza tym tak może będzie lepiej, jakby się dowiedział o jego
znajomości, byłoby źle.
Hermiona
opuszczając Wielką Salę wpadła na Zabiniego, spojrzała na niego z wściekłością.
-Uważaj jak łazisz!
Blaise
stał wmurowany, przecież on nic nie zrobił? Prawda?
-Hermiona czukaj, co Ci?! – Próbował, ale dziewczyna
automatycznie przyspieszyła krok, no tak, skoro on nic nie zrobił, to wiadomo
kto „coś” zrobił. Podszedł do swojego najlepszego przyjaciela i zajął miejsce
obok niego. W pierwszej kolejności zajął się obserwacją. Szalony, ale jednak
myślący. Draco smętnie grzebał widelcem w swojej jajecznicy, nie miał nalanej
kawy, bez której nie funkcjonuje, jego spojrzenie było wbite w talerz, humor
wisielczy. – Dobra, to co się stało?
-Kurwa! Zabini! Nie skradaj się tak!
-Smoku siedzę tu od 5 minut. Wchodząc minąłem Mionkę, coś ty
znów nabroił?
-Zajmij się sobą, mnie zostaw w spokoju, idź do swojej nowej
przyjaciółki to może Ci powie. Bo śmierciożerca nie ma zamiaru spędzać z nią
ani chwili więcej.
Malfoy
odszedł szybko, tylko w sobie znanym kierunku. Blaise nałożył sobie śniadanie i
już wiedział, że ta dwójka nigdy się nie zmieni. O ile dla Hermiony to nie
stanowiło niebezpieczeństwa to jednak bał się o Draco.
Hermiona
stała przed gabinetem Mistrza Eliksirów, czekając aż wróci z Wielkiej Sali. Znów
została sama, odrzucona, niepasująca. Opierała się o zimną ścianę i czytała podręcznik.
Nie chciała aby Zabini do niej podchodził, więc jak tylko zauważyła, że się
zbliża znad książki delikatnie kiwnęła przecząco głową. Chłopak zrozumiał
aluzję. Uśmiechnął się smutno i poszedł w kierunku Pokoju Wspólnego. Dla
dziewczyny był niereformowalny w przeciągu minuty z poważnego Diabła potrafił
się zmienić w zabawnego, flirtującego. Był jak otwarta księga, choć Hermiona
nie czuła, aby mogła mu zaufać. W końcu jest przyjacielem Malfoy'a, Pansy,
Astorii, Dafne. Jest śmierciożercą, jego matka to Czarna Wdowa, która pochowała
już z tuzin mężów… Nie mogła mu dać dobrego wychowania. Bardziej podejrzewała,
że choć dobrze jej się z nim rozmawiało,
odrabiało lekcje, żartowało – to miało to na celu, tylko i wyłącznie
szpiegowanie. Dlatego Malfoy przez chwilę potrafił być miły, ale chwila
roztargnienia i zapomniał. Tak – to musiało być jedyne wyjaśnienie.
Dziewczyna
spojrzała na swój zegarek, Snape powinien za chwilę, spakowała podręcznik do
torby i odrzuciła smutne wspomnienia poranka. Miała teraz ważniejsze sprawy. Voldemort
i wizyta w jego jamie. Liczyła, że jej nie zabije, ale spotkanie na pewno nie
będzie należało do miłych. W głowie miała również konieczność spotkania z
Dubledore'm po… Jej oklumencja mogła zostać osłabiona po ewentualnych torturach,
co byłoby zgubne dla niej, Harry'ego oraz Snape’a. Tyle niewiadomych. Wiele spraw
mogło się wyjaśnić, ale wiele też skomplikować. Nie było już odwrotu, została
szpiegiem Zakonu. Zakonu, który prawdopodobnie był manipulowany przez dyrektora,
w końcu wspomnienia, które widziała, rzuciły nowe światło na wojnę, na śmierć
Syriusza. W tym wszystkim jeszcze Harry, widziała w jego oczach ból kiedy
wczoraj się żegnali. Jest rozbity, a przez to słaby. Jej rozmyślania przerwały
cisze kroki Naczelnego Postrachu Hogwartu. Snape jak zwykle, szedł wielkimi
krokami a za nim powiewały jak skrzydła nietoperza, szaty.
-Panno Granger, jak zwykle punktualna. Zapraszam. – Otworzył
przed nią drzwi i gestem zaprosił do środka, a kiedy weszli zamknął za nimi
drzwi i zabezpieczył zaklęciami. – Zapraszam za mną. – Przyłożył swoją dłoń do
jednej z grubych ksiąg, a gabinet wypełniło słabe światło. Do jej uszu dotarło
głośne skrzypienie drzwi, regał odsunął się ukazując przejście.
-Panie profesorze, gdzie idziemy?
-Jednak Pani czegoś nie wie – twarz Snape’a przyozdobił ironiczny
uśmieszek – właśnie daję Pani dostęp do moich prywatnych komnat. Musimy omówić
pewne kwestie a potem przenieść się kominkiem do Riddle Manor. Długo mam na
Panią czekać? Nie mamy czasu, proszę. – Po raz kolejny gestem nakazał jej
wejście. Wiedziała, że nie może nadużywać jego cierpliwości dlatego szybko
ruszyła w kierunku przejścia.
-Panie profesorze, przejdźmy do rzeczy – poczekała aż drzwi
się zamkną i kontynuowała – czego mogę się dziś spodziewać? – Nie wiedziała
skąd znalazła w sobie siłę, aby jej głos nie zadrżał. Nogi miała jak z waty,
ciśnienie rozsadzało jej czaszkę. Czuła strach, a nieuchronnie jej czas się zbliżał
i nic nie mogło tego zatrzymać. Machina ruszyła tydzień temu.
-Nie wiem Panno Granger, spotkanie na pewno nie będzie
należało do miłych – Snape chwilę się zastanawiał nad doborem słów – wszystko zależy
od Pani i od tego w jaki sposób się Pani zachowa. Zakon liczy na szpiega i to
Pani musi wybrać. Jednak, jeżeli mogę na to spotkanie dać jedną radę, proszę nikogo
nie nazywać po imieniu, może się Pani domyślić kogo tam spotka, jednak to by
było bardzo złe posunięcie. Proszę najpierw cierpliwie wysłuchać, dopiero potem
zarzucać stadem pytań. Na chwilę niech Pani zamknie w jednej szufladzie w swoim
mózgu Panne-Muszę-Wiedzieć-To-Wszystko-Natychmiast. Do Riddle Manor
przeniesiemy się kominkiem, do jednego z gabinetów i stamtąd ruszymy do Sali
Tronowej. Nie odzywaj się pierwsza, najlepiej w ogóle jeżeli nie będziesz
pytana. Wtedy wszystko powinno skończyć się dobrze. Zrozumiałaś?
-Myślę, że tak. – Do głowy przyszło jej jeszcze jedno
pytanie ale bała się je zadać, nie wiedziała, czy chce znać na nie
odpowiedzieć. Nabrała więcej powietrza, ale gdy już otwierała buzię
zrezygnowała.
-Wiedzę, że aż się palisz do pytania, lepiej abyś pytała
teraz niż otwierała potem jadaczkę bez potrzeby. Więc?
Dziewczyna
po raz kolejny nabrała powietrza, policzyła w głowie do 5 aby się delikatnie
uspokoić i nie pokazać swoim głosem jak bardzo zestresowana była.
-Czy dziś mogę nie wrócić? Albo wrócić osłabiona torturami?
Snape
zaśmiał się głośno.
-Teraz Pani przyszło na myśl takie pytanie? O tym trzeba
było myśleć kiedy zgadzała się Pani na tą maszkaradę, wszystko mogło zostać
załatwione w lepszy i bardziej cywilizowany sposób, bez mieszania dyrektora.
Naważyła Pani piwa i teraz wszyscy musimy je wypić… Nie wiem czy wróci Pani
dziś, ale na pewno w jednym kawałku. – Chwila przerwy, ironiczny uśmieszek, rozbawione
spojrzenie. – Oczywiście, jak wspomniałem wcześniej, zależy to również od
zachowania. Koniec pogaduszek, nie możemy się spóźnić, mamy mało czasu.
-Przecież dopiero 9?
-GRANGER! – no to koniec spokojnej rozmowy. Przy tej
dziewczynie trzeba wyciągać ciężkie działa, a nic tak nie działa jak reprymenda
i krzyk. - Czy ja coś mówiłem o zachowaniu? 9 głupia dziewczyno! Spotykasz się
z Czarnym Panem, ale potem będziesz uczestniczyć w spotkaniu o 18. Wierz mi, to
mało czasu.
-Co ja mam z nim robić przez tyle godzin? – Hermiona nie
mogła się powstrzymać.
-Po pierwsze nie „nim” tylko nazwij go jak chcesz, ale nie
na TY. Po drugie, zobaczysz! Czy ja zawsze muszę się powtarzać? Zamieniłaś się
rozumami z Longbottomem czy jak?!– Snape coraz bardziej cedził przez zaciśnięte
szczęki słowa. – Wchodź do kominka i koniec pytań.
Przenieśli
się do Riddle Manor. Gabinet w którym wylądowali był przestronny, ściany
wykonane były z czarnej cegły, dwa ogromne okna wychodziły na piękny ogród,
właściwie labirynt wysokich krzaków czerwonych róż. Jedynym meblem w pokoju był
ogromny fotel, a w rzędach przed nim umieszczone były niskie regały pełne
książek. Już wyciągała rękę, aby sięgnąć po jedną, ale przerwała widząc pełne
pogardy spojrzenie Snape’a.
-Chodź, na to przyjdzie jeszcze czas. – Kolejne raz syk
godny języka wężów.
Wyszli
przez dębowe drzwi. Szli kilkanaście minut labiryntem korytarzy, oświetlały je
tylko świece, które zapalały się kiedy przechodziło się na ich wysokości.
Hermiona myślała tylko o tym jak się boi, a ciemność za nią i przed nią
wzmagała ten strach. Starała się zapamiętać drogę, ale, to było na nic. Mnóstwo
zakrętów, schodów, miała wrażenie, że budynek to kilkanaście Hogwartów
złączonych w jeden potężny zamek. Ciekawiło ją co mieściło się za drzwiami,
jednak grzecznie biegła za szybko idącym profesorem. Ledwo nadążała, ale on
nawet nie oglądał się czy za nim idzie. Mogłaby równie dobrze się zgubić, nawet
by nie zauważył. Echo ich kroków odbijało się od ścian i wracało do uszu
Hermiony. Czuła się przytłoczona. Serce biło jak oszalałe. Nogi powoli robiły
się jak z waty. W końcu doszli do celu. Snape stanął przed drzwiami, spojrzał
na nią, jakby chciał przypomnieć o czym rozmawiali wcześniej i z lekkim zawahaniem
otworzył wrota prowadzące prosto do piekła. Jak się domyśliła, znaleźli się w
Sali Tronowej. Pomieszczenie było w kształcie prostokąta, robiło wrażenie. Po
środku stał długi stół mogący spokojnie pomieścić 200 osób, no tak, miejsce
spotkań śmierciojadów… Na końcu u szczytu stał tron. Tron, potężny, metalowy i
zajęty, przez…
-Co tu się odpierdala… - Wyszeptała cicho Hermiona.
Snape
spojrzał na nią z naganą, a sam ukłonił się nisko.
-Witaj, Panie. Zgodnie z życzeniem gościmy dziś Hermionę
Granger, najlepsza przyjaciółkę… Harry'ego Pottera.
Do
Hermiony ledwo dotarło co mówił Snape, cały czas zszokowana wpatrywała się
bezpośrednio w oczy Voldemorta jak zahipnotyzowana, jakby zobaczyła ducha. Poczuła
dotyk na swoich plecach i zerwała to połączenie, domyśliła się o co chodziło i
delikatnie kiwnęła głową. Nie zamierzała kłonić się przed wrogiem. Jednak nie
chciała również aby Snape miał problemy. Kolejny raz podniosła głowę, zdążyła
już zapomnieć o strachu, drżących nogach, bolącej głowie. Harry opisywał Lorda
jako imitację człowieka. Miał bardziej przypominać beznosego węża, o czerwonych
źrenicach, łysej głowie i czarnych zębach. Jednak na tronie siedział przystojny
mężczyzna około 40 lat. Jego włosy były czarne lekko falowane. Oczy brązowe. Cera
blada. Snape mógł ją uprzedzić. Spodziewał się, że jak zareaguje? Kurwa. To
jakiś sen.
-Dziękuję Snape. Możesz nas zostawić. Hermiono zapraszam,
usiądź, musimy porozmawiać.
Hermiona
spojrzała błagalnie na Snape’a, żeby jej nie zostawiał, ale on tylko jak zwykle
ironicznie się uśmiechnął i zobaczyła jak znika, teleportował się. Nie zabrał
jej różdżki, więc będzie mogła ucieć. Nie było barier…
-Nie uciekniesz. Tylko śmierciożercy naznaczeni znakiem mogą
opuścić Riddle Manor teleportując się, dlatego przybyłaś siecią fiuu. Nie należę
do cierpliwych. Siadaj. – Jego głos był stanowczy, ale delikatny, głęboki,
męski. To nie był syk zniszczonego rozerwaniem duszy, człowieka-węża.
Czy on
jej czyta w myślach? Spojrzała na niego z zaciekawieniem i powoli ruszyła,
trzymając mocno swoją różdżkę w kieszeni. Każdy krok przybliżał ją do zagłady,
lub prawdy. Każdy krok stawał się coraz cięższy do zrobienia, gdyż nogi miała
jak z waty. Każdy krok to krok ku przeznaczeniu, jej przeznaczeniu. Ryzykowała
życiem, aby zadowolić dyrektora, który jak już wiedziała coś ukrywa. Nie
chciała siadać obok Voldemorta wybrała miejsce oddalone od niego o 5 wolnych
miejsc. Czym wywołała na jego twarzy… Uśmiech?
-Witam, Hermiono Granger. Długo czekałem na to spotkanie. Cały
rok od powrotu do świata żywych Się szukałem, w końcu się udało. Zapewne masz
dużo pytań, ja też je mam, ale musimy zacząc od kwestii podstawowej, co wiesz o
oklumencji? – Zapytał, delikatnie. Mętlik, chaos to słowa opisujące co działo
się w tym momencie w głowie Hermiony. Zupełnie inaczej była przygotowana do tej
rozmowy, do obrony, a on jest delikatny, normalnie wyglądający.
-Ja… Umiem. – Patrzyła mu prosto w oczy wysyłając mu obraz
siebie przeczesującej umysł Dumbledore'a.
-To wiele ułatwi córko.
-Co kurwa…? – Ostatnim co zapamiętała to silne uderzenie
głową w stół. Pochłonęła ją ciemność większa od korytarzy Riddle Manor.
***
Przepraszam, że rozdział dopiero teraz, jednak pochłonęła mnie praca, zdrowie i praca licencjacka :) Mam nadzieję, że teraz już będzie systematycznie rozdział :)
Jeżeli ktoś czyta te moje wypociny to zapraszam do zastawienia po sobie śladu, zawsze to większa motywacja mieć dla kogo pisać :)
Komentarze
Prześlij komentarz